Dziś ogłoszono, które reportaże przeszły do drugiego etapu Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego za Reportaż Literacki. Z listą finalistek możecie zapoznać się tutaj (ja kibicuję Karolinie Domagalskiej, nie tylko dlatego, że z tej piątki jedynie jej książkę znam – to po prostu bardzo ważny głos, który z całą mocą unaocznia naskórkowość publicznej dyskusji o in vitro toczonej w Polsce), ale mnie szczególnie zainteresowało postscriptum dołączone do komunikatu, w którym jury upomina się o jakość przekładu (nagroda może też przypaść autorowi/autorce przekładu) i redakcji reportaży literackich.

Zacytuję je w całości:

Jury, po omówieniu przekładów nominowanych reportaży i zapoznaniu się z ekspertyzami dotyczącymi wartości tych tłumaczeń, apeluje, by przekłady bardziej odpowiadały artystycznej i merytorycznej wartości oryginału, ze szczególnym uwzględnieniem łączności formy językowo-stylistycznej utworu z jego zawartością oraz o większą dbałość edytorską – tłumaczenia powinny być dokładnie weryfikowane z oryginałem dzieła i starannie redagowane.
Jury zwraca także uwagę, że niektóre książki nie zostały przez wydawców zaopatrzone w indeksy. W dziełach zawierających tak dużą liczbę informacji, jak kilka z nominowanych reportaży, indeksy powinny być normą. Ich brak obniża dokumentacyjną wartość pracy autorów.

O tym, że jakość przekładów i redakcji książek wydawanych obecnie w Polsce pozostawia coraz więcej do życzenia, mówi się coraz częściej, ale chyba po raz pierwszy głos w tej sprawie zabrało jury ważnej nagrody (może warto tu wymienić jego skład: Maciej Zaremba Bielawski, Ewa van den Bergen-Makała, Piotr Mitzner, Katarzyna Nowak i Lidia Ostałowska). Warto czytać ten apel razem z ważnym tekstem Mikołaja Ratajczaka opublikowanym w “Dzienniku Opinii” Krytyki Politycznej, w którym zwraca on uwagę na warunki pracy w wydawnictwach, czy raczej coraz częściej – współpracy z wydawnictwami. Tu fragment:

Nie spotkałem nigdy ani jednej osoby pracującej jako redaktorka lub redaktor, która przyznałaby, że wynagrodzenia za tę pracę są zadowalające. Generalnie pracy z tekstem przypisuje się w Polsce często ten sam „romantyczny” czy wręcz „społecznikowski” charakter, co na przykład pracy opiekunek w przedszkolach, nauczycielek czy pielęgniarek. „Robię to, co lubię” wydawało się wystarczającym uzasadnieniem za stawkę 100–120 zł brutto za arkusz (40 tys. znaków ze spacjami, czyli ok. 15 stron zestandaryzowanego tekstu) redakcyjnej pracy. Taka stawka jest – ciekawe, czy ktokolwiek mi w tym punkcie zaprzeczy – po prostu niewystarczająca w przeliczeniu na czas pracy (a zdarzają się i niższe). Bywa oczywiście, że redaktor jest w stanie w ciągu dnia zredagować nawet 3 arkusze, siedząc po 12–16 godzin, gdy tekst jest przyjemny, dobrze napisany i ogólnie wymaga tylko wstawiania przecinków. Teksty tego rodzaju trafiają się jednak zdecydowanie za rzadko.

Sprawa jest poważna, więc cieszy mnie apel jury Kapuścińskiego. Choć nie przypisuję mu wielkiej mocy ani nawet oddźwięku – w końcu nazwiska finalistów i finalistek są bardziej interesujące.

Fot. Magda Majewska / Mosty z książek